Barwy szarością podszyte

Siedziałem wtedy z ojcem w zupełnie przeszklonym pokoju, skąd mieliśmy widok na nasz sad. Drzewa zahaczały o siebie gałęziami. Dojrzałe owoce pospadały, lecz nikt nie miał czasu ich zebrać… albo nie chciał? Teraz toczyły je czerwie, ziemia, która je wydała, władczym tonem zażądała, by powróciły w jej sidła. Liście mieniły się szmaragdowymi błyskami, ale i tak dało się w nich dostrzec ciemne plamy, które należały do tego samego świata, co niepodniesione owoce.
    – Filipku, a powtarzałem ci – powiedział ojciec, opierając się łokciami o blat stołu. – Tyle razy ci mówiłem, żebyś znalazł inną pracę. Czy do ściany mówiłem? Wszystko tylko, byś nie poszedł w moje ślady – westchnął ciężko.
    – Co też tata wygaduje? – Oderwałem wzrok od sadu.
    Spojrzałem na niego, na jego zmęczoną twarz. Zarost zaczął mu siwieć, był dłuższy niż zawsze. Włosów nawet nie starał się uczesać. Szare oczy były podkrążone oraz przygaszone. Przez chwilę poczułem się tak, jakbym przeglądał się w zaczarowanym zwierciadle przedstawiającym mnie za kilka lat. Straszny widok.
    Dlatego znowu skierowałem wzrok na sad, na zaułek walczących ze sobą sił śmierci i życia, z których żadna nie mogła wygrać, choć obie dawały z siebie wszystko.
    – Przecież przede mną dopiero matura – wyjaśniłem spokojnie, choć w głowie zabrzmiała za wysoka nuta lęku. – Potem planuję wybrać się na uniwersytet. Jeszcze mnóstwo czasu zanim zacznę szukać pracy.
    – Nie oszukuj mnie. – Choć jego głos nie brzmiał hardo, wzrok zdradził wszystko. – Myślisz, że nie widzę? To choroba, z którą nijak nie idzie wygrać. Jak myślisz, dlaczego z twoją matką układa mi się tak źle?
    Choć odwiedzałem ich co tydzień, nie zauważyłem niczego, co zdradzałoby pogorszenie stosunków między nimi. Dlatego milczałem.
    – Otóż to – odpowiedział ojciec sam sobie, chwytając za szklankę z wodą sodową i niewymieszanym sokiem malinowym. Ten rozpuszczał się w wodzie na kształt różowej wstążki zrzuconej z wysoka. Odbijał się od boków szklanki, pojedyncze nitki cieczy scalały się w jedność na dnie. I wtedy dopiero oddawały kolor, lecz nie smak. – Cierpisz na tę samą nie-pracę, co ja. Wiesz czemu nie wchodzę do sadu?
    Do pomieszczenia weszła moja kuzynka, Matylda. Uśmiechnęła się do mnie, do ojca podeszła i ucałowała w policzek. Przechodząc, musnęła moją dłoń rąbkiem sukienki i podszytej nią koronki. To było jak przejechanie dmuchawcem po skórze – delikatna igraszka, niby coś niewinnego.
    – Nie postawiłem tam stopy, bo wszystko uważnie zbadałem stąd – powiedział ojciec, zatapiając dogasający wzrok w swych paznokciach. – Każdy liść jest karbowany i na końcu żadnego nie spotkasz jednego ząbka, tylko dwa. Sieć żyłek rozlewa się po liściach na podobieństwo krwi na mięsie – znajdą kanalik, w który się dopasują, jakby tkwiły w nim od zawsze, w jedności. Każde źdźbło jadeitowej trawy błyszczy w pełnym słońcu na podobieństwo świecy. Strącone wiatrem jabłko o czerwonych sińcach i kanarkowych piegach pierwszego dnia jest gładkie i lśniące, ale już po jednej nocy w towarzystwie grudkowatej ziemi traci młodość i niewinność, matowieje, jego blask gaśnie, a skóra gubi sprężystość na rzecz gumowych zmarszczek.
    Przygryzł wargę.
    Ukradkiem zerknąłem na Matyldę. Dłoń w miejscu, które zetknęło się z jej sukienką, piekła nieprzyjemnie. A kiedy kuzynka położyła na niej swoją delikatną rękę, pieczenie jedynie się zaogniło.
    – A włosy twojej matki są proste – wyszeptał ojciec.
    Wstał od stolika i szurając kapciami po podłodze, opuścił pokój.
    Nastał moment, w którym złoto dnia zalało pomieszczenie, budząc wiszące w powietrzu sreberka kurzu. Białe, połyskliwe załamania wstąpiły na czarną sukienkę Matyldy, zaogniły brzoskwiniową skórę.
    Była owocem sprzed pierwszej nocy, kuszącym subtelnym aromatem, zaledwie podszytym nutką zepsucia. Jej włosy plamiły drobne ramiona, nieśmiało schowane za rękawami. Rozlewały się po plecach, skapywały na biodra oraz czoło. Wlewały się ostrożnie do oczu, głaszcząc wpół przymknięte powieki.
    Nawet nie wiedziałem, kiedy kasztanowy kleks mojej brody wymieszał się z beżem skóry jej szyi. Pozwoliłem palcom zagłębić się we włosach kuzynki, czułem jak przelewały się między opuszkami.
    – Filip… – pisnęła, ale urwała szybko.
    Nasze usta się zetknęły, to wystarczyło do rozlewu szkarłatu. Do zerwania palącej koronki.
    Dwa lata temu, kiedy przyjechała na kilka dni, by otrząsnąć się po śmierci matki, pierwsze, co zrobiła, to poczęstowała mnie urokiem swego wzroku. Z każdą kolejną wizytą rosła w siłę, zaciskała pętlę na mojej szyi coraz mocniej, aż w końcu doprowadziła do stanu, w którym na nieme zawołanie wpatrywałem się w nią i szkicowałem w głowie upragniony obraz.
    Rękaw sukienki osuwał się po jej zanurzonym w moim cieniu ramieniu – tak też zrobiłem. Włosy zalewały nasze twarze. Matylda opierała się plecami o ścianę, zostawiając na niej tłuste plamy resztek niewinności i niedojrzałości. Prawą nogą przybliżyła mnie do siebie.
    Czułem na twarzy zapach malin.  Ich kolor rozlewał się po naszych policzkach. Jej pełne usta, rozchylone, obnażały nieumyślnie zęby, które po chwili zagłębiły się w puchu dolnej wargi, tamując jęk.
    Nim zdołała wydać z siebie kolejny okrzyk, wybiegłem z pokoju oszołomiony. Zlany potem wbiegłem po schodach, po czym zamknąłem się w pokoju. Usiadłem w kącie, chwyciłem się za włosy. Popołudniowe słońce oślepiało wściekle pomarańczowym promieniem, choć jeszcze przed chwilą nie śmiało choćby zajrzeć, podejrzeć, co robiliśmy!
    Widziałem zagniecenia jej sukienki, rozwijające i zwijające się jak akordeon. Widziałem różaną brodawkę przebijającą się przez biel dekoltu. Byłem w stanie nawet ujrzeć rozsiane po jej skórze pieprzyki o kolorze kory drzewa w lecie.
    Jednak gdyby teraz wszedł ktoś do mnie i spytał „Jakiego koloru Matylda ma oczy?” – nie odrzekłbym nic.
    Bo choć doskonale widziałem, to mi umknęło. Tak jak to, czy miała włosy proste, czy jednak lekko kręcone. Czy podrygujący w nasz takt wisiorek na jej szyi przedstawiał Ukrzyżowanego, czy to medalik w środku skrywający zdjęcie zmarłej matki.
    Załkałem cicho. Weszła matka, pytając:
    – Nie widziałeś nigdzie Matyldy? Miałyśmy iść nad staw.
    Za jej plecami przemknął cień ojca.
    Czy raczej ja w przyszłości.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s